Pełny dostęp do zasobów serwisu
Niezarejestrowni goście mają pełny dostęp do zasobów serwisu. Mogą pisać komentarze, posty na forum, pobierać wszystkie zamieszczone w serwisie pliki i załączniki do wiadomości na forum. Zapraszamy!
Dlaczego tu jest reklama?
autor: Kalontas | napisano 18 grudnia 2009 o 23:39
czytano 18743 razy | średnia ocen: 5.22

Agora - Nowelizacja

Prolog

Nad antycznym Tirynsem zapadała właśnie noc. Podczas, gdy służki krzątały się wkoło królewskiego pałacu, próbując dopilnować aby dom na noc był idealnie czysty, ich pani, Alkmena, żona króla Amiftriona, władcy Tirynsu i wnuczka Perseusza, właśnie siedziała w oknie swojego pokoju i starannie wykonanym grzebieniem z kości słoniowej czesała swoje długie, ciemne włosy. Siedziała i patrzyła w okno, przyglądając się po części zbierającemu się do snu miastu, a po części widocznej w oddali naturze. Zaiste, zamek w Tirynsie to konstrukcja wręcz kolosalna – zasługująca na swoją tradycyjną nazwę „Cyklopich Murów”. Postawiony przez samych Cyklopów, ganiających w kółko za Akrizjosem, który obraził ich honor, jest perłą architektury całej Achai. Wielkość ta, oprócz wyróżniania się na punkcie estetycznym, miała funkcje jak najbardziej praktyczne. Ta najbardziej oczywista to oczywista strategiczna korzyść z tak kolosalnego zamku – trudno go podbić wszelkim zdobywcom, którzy by się połasili na taką zdobycz. Ta mniej oczywista korzyść jest jak najbardziej przydatna królowym tiryńskim – jest nią fakt doprawdy scenicznego i panoramicznego widoku z wysokich komnat na całą okolicę – począwszy od nieco surowego miasta, przez pobliskie lasy, aż do odległych i doprawdy majestatycznie wznoszących się na horyzoncie gór. Królowa Alkmena właśnie podziwiała ten krajobraz, ale pośród niego i tak wypatrywała jednego charakterystycznego elementu – swojego męża, Amiftriona. Kilka miesięcy temu ruszył na wojnę, z której wciąż nie wraca. Jako poprawna żona Achaja, martwiła się o dobro swojego „pana i władcy”, czekając na jego powrót do domu. Niestety, ten wciąż nie wracał.

Tymczasem dziwny sługa, o twarzy owiniętej nieprzezroczystą chustą, przechadzał się korytarzem i obserwował całe wieczorne zamieszanie w zamku. Obserwował uważnie wszystkie służki i ich poszczególne obowiązki. Jedna z nich zanosiła właśnie talerze po uczcie do kuchni, patrząc ostrożnie z każdym krokiem pod nogi, uważając by nie potknąć się, nawet nie drgnąć – jeden fałszywy krok mógłby oznaczać dla niej i dla zastawy ostateczny koniec. Druga polerowała starannie miecz Amiftriona, wiszący dumnie na ścianie (i nieco pokrywający się już rdzą) – kto wie, czy jej pan nagle nie zechce wrócić do domu tej właśnie nocy, lub następującego po niej dnia? Natomiast kolejny sługa pilnował wszystkich dokoła, chodząc z dumnie zadartą głową i wydając rozkazy. Marnie płacono tym wszystkim ludziom, głównie tyle co samo utrzymanie, jednak byli oni bardzo wdzięczni – za samo to, że mają gdzie żyć. Jednak nie ich dobrem, lub ich zajęciami tak naprawdę interesował się dziwny gość, przebrany za sługę. W jakiś tajemny, sobie tylko znany sposób, zdołał umknąć uwadze wszystkich dokoła i doczekał się w końcu momentu, gdy został na korytarzu sam, widząc przez uchylone drzwi Alkmenę, siedzącą samotnie pod oknem, patrzącą nad ledwo wzeszły księżyc i wzdychającą nad zmartwieniami, które mąż jej przysparza tak długą nieobecnością. Nagle tajemniczy gość obejrzał się gwałtownie na bok i zoczył stojącą w niszy w ścianie rzeźbę – popiersie Zeusa, króla bogów Olimpu, Gromowładnego, tego który widzi i sądzi wszystkich żywych i umarłych. On jednak nie wyobraził sobie tych wszystkich wydumanych epitetów – dla gościa to był tylko dumny paw, który nie lubi odpowiedzialności, jaka codziennie spoczywa na jego barkach, a za to bardzo lubi uganiać się za pięknymi niewiastami, które powinny widywać jego twarz tylko na posągach. Gość podszedł do tego popiersia, spoglądając na nie z wyraźnie widoczną w oczach pogardą. Nagle jednak na jego zakrytych chustą jakby małpich ustach zrodził się złowieszczy uśmieszek, zdradzający jakiś trudny do pojęcia dla śmiertelnego umysłu plan. Ręka, a raczej łapa, gościa powędrowała szybkim ruchem w kierunku popiersia i strąciła je z wyróżnienia, sprawiając że uderzyło z impetem o marmurową podłogę pałacu, powodując masę huku i nadtłukując nos i brodę rzeźby. Gdy małpi śmiech wydał się na krótko z ust osobnika, niepokój nastał na wysokościach.

Wysoko nad światem śmiertelników górowała albowiem monstrualna góra, tak wielka, że jej szczyt ginął w chmurach i był zawsze niedostępny dla oczu śmiertelników. Na samym tym ukrytym szczycie postawili tajemne przejście do swojego sanktuarium bogowie Olimpu. Ich prawdziwy dom, to co sami zwali Olimpem, był naprawdę osobnym mini-światem, drobnym „bąblem” rzeczywistości, wybijającym się ponad strukturę świata i stanowiącym idealną kryjówkę dla grupy nieśmiertelnych istot uważających się za na tyle lepszych od innych, by nazywać się bogami. Grupy istot, która była potomkami pradawnych stróżów świata śmiertelnych. Ci jednak stróże porzucili wyznaczone im zadanie i nie tylko popadli w konflikty między sobą, ale spłodzili potomków, rozpraszając tym samym swoją świętą moc. Gdy oni sami upadli, ich potomkowie – niemal nieświadomi swojego pierwotnego zadania – teraz rządzą tym, co pozostało, wykorzystując świat do swojego własnego widzimisię. Zazwyczaj nikt, ani nic ich nie niepokoi w ich dobrze skrytej kryjówce, jednak tej nocy nagle rozbrzmiało się na wyżynach Olimpu echo.

Huk powstający od upadającej na podłogę rzeźby samego Najwyższego w niecodzienny sposób rozniósł się echem, które odbijało się po ścianach górskiej doliny ciągle wzwyż. Unosząc się w górę i jakby przybierając w nadprzyrodzony sposób na sile, dźwięk dostał się do samego magicznego portalu Olimpijczyków i przebił się przez niego, dochodząc do czujnego ucha samego Gromowładnego. Ten potężnie zbudowany, ale jednocześnie siwy, brodaty i poważnie wyglądający mężczyzna zasiadał na swoim tronie, owinięty w oficjalną, ceremonialną tunikę. Spoczywał on właśnie na bogato zdobionym tronie, wykonanym przez jednego z jego nielicznych ślubnych synów, Hefajstosa, boga kowali i ognia. Cała podstawa wykonana z kości słoniowej z samego serca Czarnego Lądu, bogato zdobiona złotem wykopanym w najciemniejszych zakątkach Indii oraz klejnotami z tajemnych kopalni z całego świata, w końcu ozdobiona rzeźbionymi w platynie głowami orłów, wieńczącymi oparcia tronu, olśniewała nawet bogów – trudno wyobrazić sobie podziw i oszołomienie śmiertelnego, któremu dane byłoby zobaczyć ten boski widok. Choć jednocześnie porażało to swoją wspaniałością i majestatem, równie porażało przepychem i dumą, która tkwiła w tych osobowościach, których autorytetu nikt nie śmiał, ani za bardzo nie mógł, podważyć od tysięcy lat. Na tym właśnie symbolu władzy, potęgi i przepychu Zeus kontemplował swój kolejny dzień spędzony na bezsensownych ucztach i niekończących się zabawach z różnymi drobnymi boginkami. Gdy tak jednak siedział, z głową opartą o ramię, złożone na oparciu tronu, nagle doszedł jego czułych uszu dziwny dźwięk. Jakby… ktoś potłukł coś wykonanego z marmuru. Szybko uniósł swoją szlachetną brew i rozejrzał się po sali tronowej, nie mogąc jednak dostrzec, by którakolwiek z drogocennych mitrylowych waz została stłuczona. Poza tym, dźwięk marmuru zdawał się zdradzać, że zdarzyło się coś większego. W końcu uniósł głowę i otworzył oboje oczu, szukając wzrokiem czegoś, co mogło wydać ten hałas. Nagle jednak, kolejny dźwięk szarpnął po jego nerwach, jakby tysiąc kocich pazurów jeżdżących po szklanej szybie. Zaniepokojony i lekko podirytowany tymi hałasami zaczął myśleć intensywnie o jednym ze swoich licznych synów. Po chwili przez złote drzwi do oślepiająco białej i wypełnionej nieziemską mgłą sali wleciał wir złotej energii, tańczący niczym liście na jesiennym wietrze. Energia ta swobodnie dryfowała poprzez salę, jaśniejąc i wybijając się ponad mgłę i jasność samego swojego otoczenia. W końcu wir stanął w jednym punkcie i zaczął się formować w bardziej konkretny i ludzki kształt. Po chwili, zamiast wiru, na drogocennych, marmurowych kafelkach podłogi stał młodo wyglądający człowiek, o krótkich, ciemnych blond włosach, bez zarostu na twarzy, z iście młodocianym wigorem promieniejącym na jego obliczu. Jego tunika była zwinięta w bardziej wygodny i lepiej nadający się do biegu styl, idealnie układając się na atletycznym ciele mężczyzny. Spoczywająca na jego głowie złoto-błyszcząca, skrzydlata czapka i ureusz w jednej z jego rąk zdradzał jego prawdziwą tożsamość – oto Hermes, najbardziej znany jako posłaniec bogów, choć bardziej trafnie określany jako bóg złodziei. Hermes więc ukłonił się przed swoim ojcem, wciąż jednak nie spuszczając z twarzy tego samego uśmieszku i lekko uchylając kolana, jakby nieco pobłażliwie podchodząc do sytuacji.
-Witaj, mój szlachetny ojcze – Odezwał się nieco zaintrygowany nagłym wezwaniem Hermes – Cóż za ważna sprawa wymagała wezwania mnie przed twoje oblicze? – Na te słowa Zeus już miał odpowiadać, ale znów poruszył się na fotelu, jak gdyby gdzieś pod nim znajdowała się pinezka, która nie pozwalała mu usiedzieć w miejscu.
-Czy nie słyszysz tego dźwięku, Hermesie? – Odezwał się poważnym i dudniącym po przepastnych ścianach niczym grzmot podczas burzy basem – Tego denerwującego dźwięku?
-Ależ… - Hermes poczuł się nieco skołowany, spoglądając ojcu prosto w twarz – jakiego dźwięku? – Wówczas w głowie Zeusa znów zabrzmiało to samo stłuczenie. Potrząsnął tylko gwałtownie głową i odpowiedział szybko synowi.
-Tego dźwięku! Tego echa… jakby ktoś tłukł marmurową posadzkę. Albo przynajmniej przewracał rzeźby. Co to może być? – Gromowładny zmarszczył brwi, próbując się przysłuchać źródłu dźwięki, ten jednak w tej chwili nie nadchodził. Hermes tylko zastanowionym wzrokiem i z ustami niemal złożonymi w dzióbek spoglądał na Zeusa.
-Obawiam się, że niczego nie słyszę, ojcze. Może to tylko echo poprzedniego dnia, szumiące w głowie…
-Wiem jeszcze, co się dzieje tylko w mojej głowie od nadmiaru wina, a co jest jakimś znakiem. Jakimś sygnałem – Zeus odpowiedział gwałtownie, nie dając Hermesowi skończyć zdania. Hermes tylko opuścił głowę.
-Obawiam się, że w takim razie nie jestem w stanie Ci pomóc – Władca bogów jednak się nie poddawał i odwrócił głowę w prawo, poszukując pewnego konkretnego obiektu. W końcu wypatrzył daleko w sali, niemal pod samą ścianą, kryształową kulę, spoczywającą na marmurowym podeście i wypełnioną substancją, która przypominała chmury.
-Sam sobie pomogę – Zeus oparł oba ramiona o oparcia tronu i poderwał się szybko do wstania, po chwili prostując i ukazując cały swój kolosalny wzrost. Zaczął schodzić powoli z tronu, stąpając głośno o każdy kolejny stopień swoimi sandałami. W końcu zszedł z tronu i odwrócił wzrok w lewo, szukając znów czegoś konkretnego. Błyskawicznie w jego ręce znalazła się wyższa od niego samego magiczna laska, o strukturze przypominającej jońską kolumnę, zwieńczona żywym piorunem, jakby zawieszonym w chwili impaktu tuż nad ziemią i wyrwanym z naturalnego środowiska, po czym przyklejonym do kolumny równie nienaturalnie wyrwanej ze świątyni. Trzymając swą nieodłączną laskę przy boku, Zeus ruszył szerokimi krokami w kierunku kryształowej kuli, cały czas głośno stąpając i powodując roznoszące się po całej sali echo. Bóg złodziei w końcu ruszył z miejsca, w którym stał i podążył szybkimi susami za swoim ojcem, doganiając go w połowie drogi.
-Do czego zmierzasz, ojcze? Chcesz zobaczyć w kuli źródło tego dźwięku? – Zeus nie zatrzymywał się ani na chwilę do rozmowy.
-Oczywiście. Nie mam zamiaru tolerować tego… brzęczenia ani chwili dłużej. Ktokolwiek jest za nie odpowiedzialny, zapłaci za to – Hermes zdawał się nagle wyglądać na zmartwionego, dotrzymując kroku Gromowładnemu.
-Rozumiem… nawet matka Hera? – Zeus zmarszczył brew jeszcze mocniej, słysząc to imię.
-Zwłaszcza matka Hera. Będę miał tą wiedźmę z głowy na przynajmniej kilka dni – Obaj panowie w końcu dostąpili do kryształowej kuli i Zeus zawiesił swoją muskularną dłoń nad magicznym obiektem. Zaczął po chwili zataczać ręką koła nad kulą, skupiając się na tym samym denerwującym dźwięku. Po chwili chmury zaczęły się rozstępować i ukazywać powoli lokalizację coraz dokładniej. Najpierw z chmur wyłoniła się północna część Peloponezu, która z czasem zaczęła się zbliżać do samej Argolidy, pełnej górzystych pasm i wyglądającej dość jałowo o tej porze roku. W końcu w kuli ukazał się sam Tiryns, wznoszący się pośród gór niemal tak majestatycznie jak sam Olimp pośród całej Grecji. W samym zamku tiryńskim jednak ukazało się jedno szczególne miejsce, gdzie na korytarzu znajdowało się kilka stłuczonych popiersi Zeusa, ale ani śladu po sprawcy. Gromowładny tylko stuknął ze złością laską w posadzkę pałacu, burknąwszy coś pod nosem. Wystarczył sam jego gniew, by nad Tirynsem rozpętała się burza, a pierwsze grzmoty zaczęły odwracać uwagę siedzącej wciąż w oknie Alkmeny. Król bogów złapał się tylko za głowę, niezadowolony faktem ucieczki sprawcy jego bólu głowy, ale jednocześnie po części ucieszył się, że przynajmniej hałas ten już więcej się nie rozlegnie. Wtedy odsunął rękę i spojrzał na kryształową kulę jeszcze raz, gdzie jego wizja nieco zboczyła z kursu. Ukazała właśnie wciąż piękną i młodą Alkmenę, poprawiającą swe włosy w blasku księżyca i śpiewającą jedną z pieśni, którą zapamiętała z dzieciństwa, gdy jej śpiewała matka. Ból głowy i wszelka niewygodna nagle przeszła Zeusowi, który zaczął się uśmiechać mniej więcej w ten sposób, w który zazwyczaj uśmiechając się starzy multimilionerzy na widok grupy młodych panienek, które chcą uszczknąć choć odrobinę z ich fortuny – oczywiście poprzez łóżko. Z tym samym uśmiechem, Zeus spojrzał na swojego syna, który od razu zrozumiał intencje ojca.
-Hermesie, szykuj się do podróży. Muszę złożyć wiernym wizytę domową… - Hermes posłusznie skinął głową i z wyrozumiałym uśmiechem ruszył do drzwi wyjściowych z komnaty.

Tymczasem sprawca całego zamieszania stał w parku w pobliżu pałacu i obserwował niebo, jak gdyby mógł stamtąd dostrzec, co się działo na Olimpie. Skryty między drzewami, zaczął się śmiać niczym rozradowana małpa, po czym zdarł z twarzy chustę i ukazał swoje małpo-ludzkie oblicze i rude włosy wystające spod czapki. Małpi ogon nagle wyszedł luzem spod spodni, a on sam zaczął skakać i tańczyć po parku, jakby się ciesząc z tego co się stało. O dziwo, wciąż nikt nie zwracał uwagi na dziwnego osobnika, błąkającego się nocą po opustoszałym parku. Wtedy małpolud stanął w jednym miejscu i uniósł ręce ku niebu. Gdy jednak się zorientował, że wygląda to jak modły, szybko złożył dłonie w pięści.
-Jeszcze niebiosa zadrżą, a ja dostanę zemstę za swoje upokorzenie. Prawi upadną przed niegodziwcami, gdy nadejdzie godzina mojego tryumfu. Godzina, którą zacząłem właśnie przed chwilą. Jedna z najdłuższych godzin w historii, ale warta swojej długości… - Po tych słowach, znów popadł w szaleńczy, małpi śmiech i na czworakach pobiegł w głąb parku, w końcu wyczarowując z powietrza długi, dwumetrowy kij, którym stuknął o ziemię. Jego postać gwałtownie wybiła się w górę, i unosząc się w powietrzu, obróciła się w chmurę, która z szybkością rakiety wypruła ku niebu.
komentarze (6) | napisz komentarz
nie musisz się rejestrować!
Epos o Gilgameszu
© Archeos.pl | O serwisie | Kontakt |
Pliki Cookie
Używamy plików Cookie, aby ułatwiać korzystanie z naszego serwisu oraz do celów statystycznych i reklamowych. Jeśli nie blokujesz tych plików, to zgadzasz się na ich użycie oraz zapisanie w pamięci urządzenia. Pamiętaj, że możesz samodzielnie zarządzać cookies, zmieniając ustawienia przeglądarki. Rozumiem